[ opis z wyprawy na grossglockner ]
powrót do galerii      powrót do albumu     powrót do archiwum 

Grossglockner 2006

13 - 16.7.2006r.


Kiedy rok temu schodziliśmy lekko "upodleni" ze stoków Monti Bianco, rozmowa toczyła się wokół planów na kolejny rok górskiej przygody. Padła przy tym nazwa Grossglockner, który miał stać się szczytem rezerwowym, ot do zaliczenia kiedyś...przy jakiejś nadarzającej się okazji... W tym bowiem roku naszym celem miał być kaukaski "Potwór". Los jednak zadecydował zupełnie inaczej... Na skutek całego szeregu zdarzeń losowych, zawodowych i rodzinnych.... i po rozsypaniu się w drobny mak tematu kaukaskiego postanowiliśmy sięgnąć po rezerwy. Grossglockner (Wielki Dzwon) to najwyższy szczyt Austrii położony w Wysokich Taurach, liczący 3789m n.p.m.

13 lipca 2006

Pobudka o zbrodniczej godzinie - 4 rano, doprowadzenie się do używalności, coś na ruszt, zapakowanie wszystkich gratów, w tym zimowego sprzętu górskiego i... opuszczamy jurajską ziemię w składzie: za kierownicą Rav (w zasadzie nieodrywalny od tego stanowiska pracy), Jagoda i Strażak. Ciągniemy trasą: Myszków-Zwardoń-Bratysława-Wiedeń-Gratz-Villach-Hailigenblut-Kaiser Franz Josef Hoche, co daje jakieś 960km i ok. 11 godzin jazdy z postojem na siusiu i tankowanie. W Heiligenblut zatrzymujemy się na mały popas. Z zainteresowaniem zwiedzamy słynny kościół, w którym wg tradycji przechowywane jest naczynie zawierające krew Chrystusa. Zaliczamy także kilka sklepików z tzw. "duperelami" i centrum informacji turystycznej mieszczące się tuż za kościołem w bocznej uliczce, gdzie od uśmiechniętej austriackiej dziewczyny zbieramy informacje o stanie pogody, warunkach na trasie i ewentualnych mogących czekać nas problemach. Z Heiligenblut Glockner prezentuje się nam po raz pierwszy i robi spore wrażenie. Patrząc jeszcze przed wyjazdem z domu na webcamie (http://www.grossglockner.com/highalpineroad/family/) nie spodziewaliśmy się, że ilość białego puchu przykrywająca stoki góry będzie taka znaczna. Liczyliśmy raczej na spokojny spacer górskimi trawersami. Ale cóż komu w drogę temu trampki jak mawiają, więc i nam w drogę. Po wpłacie gotówkowej na szlabanie w wysokości 18 euro (cena zniżkowa po godzinie 18.00, normal - 26 euro) ruszamy na malowniczą trasę alpejską - Hoch Alpen Strasse, która wije się pomiędzy pachnącymi łąkami otoczona z każdej strony tym co tygrysy lubią najbardziej - górami. Koniec końców stajemy u wrót Glocknera - na parkingu Franciszka Józefa. Wjeżdżamy na 1 piętro wielopoziomowego parkingu i orientujemy się w okolicy. Po rekonesansie i rozmowie z napotkanymi chłopakami z Węgier wiemy już jakie są warunki na trasie, gdzie należy "wejść" w skały, aby trafić w trakt, oraz to że parking jest absolutnie idealnym miejscem na nocleg - za free i bezpiecznym. Koleś z Węgier pokazuje mi dokładnie przebieg trasy na widocznej ścianie Glocknera i opisuje stopnie trudności, wskazuje gdzie możemy napotkać szczeliny lodowe, oraz gdzie należy zdecydowanie zwiększyć koncentrację. Niestety wieczorna pogoda nie napawała optymizmem, gęste ołowiane chmury nadciągają z południowego wschodu i szczerze mówiąc lekko się niepokoimy.

14 lipca 2006

Rano, jak to już zwyczajowo bywa na naszych wyjazdach...puka jednak słońce i robi się ciepło, sympatycznie i atmosfera bojowa zwyżkuje. Po średniej wielkości śniadaniu i zebraniu szpargałów (bezwzględnie konieczne: raki i czekan, mile widziane kask i lina) ruszamy w drogę. Zdecydowanie korzystniej jest zejść na lodowiec Pasterze bezpośrednio z parkingu Kaisera, zamiast bawić się tak jak my zrobiliśmy, w dojście do schroniska Hofmanna i dopiero w dół (trasa beznadziejna, bardzo źle oznakowana i miejscami mocno niepewna dla nóg. Po drodze napotykamy "sławojkę". Cóż grzech nie skorzystać z takiego dobrodziejstwa, więc korzystamy, każdy z osobna rzecz jasna. Teraz już w pełni uradowani ruszamy w dół ku szczelinom lodowca Pasterze. W miejscu gdzie docieramy do niego natrafiamy na "kładkę" lodową po której wchodzimy na grzbiet bestii. Wpinka raków, lina w uprzęże i zygzakujemy między szczelinami. Przeciwległy brzeg lodowca łagodnie przeistacza się w kamienny jęzor i gładko przechodzimy na stały ląd. Poruszamy się wprost pod ścianę masywu skalnym rumoszem, który miejscami lekko utrudnia sprawne poruszanie się. Po kilku minutach napotykamy na pomarańczową tyczkę wbitą między głazami i następną i następną... Teren zaczyna przypominać nasze trawersy tatrzańskie, czujemy się więc jak w domu... Pniemy się pod górę dobrze widoczną percią, co jakiś czas oznakowaną kołem chlapniętym na skale w barwach polskich i austriackich jednocześnie. Bez trudności docieramy do strefy śniegu. Krótki odpoczynek, coś na ząbek i druga wpinka raków. Stok przechodzi w śnieżne pola nachylone od 20 do 500 z dwoma dużymi łatami lodowymi, które trzeba przetrawersować. Więc trawersujemy wpięci w linę. Co kilkadziesiąt metrów zakładam "prowizoryczne" stanowisko asekuracyjne, gdyż lód po którym się poruszamy nie sprawia wrażenia solidnego i raki kruszą go na płatki śniadaniowe, co staje się niebezpieczne. Uff... lodowe łachy za nami, ostry skręt w prawo i w oddali widzimy schronisko Erzherzog-Johann I. Po całym dniu za kierownicą, śniadaniu które mojego osobistego misia średnio zadowoliło i "skromnym" plecaczku, energia ucieka ze mnie w alpejskie niebo. Wciągam suszone banany co lekko stawia mnie na nogi. Docieramy do pasa sporych szczelin. Przechodzenie tego miejsca po zachodzie słońca musi być hardcorowe. Szczeliny wyglądają na mało przyjazne i jak mówi strażak "d...się może zmarszczyć". Ale nie jesteśmy od łatwych zadań więc...w górę serca i tyłki. Śnieg jest bardzo miękki i z każdym krokiem zapadamy się po kolana, albo i wyżej. Schronisko wydaje się tak blisko i tak nieosiągalne z tej perspektywy... W końcu decyzja - zmieniamy drogę podejścia, skręcamy ostro w lewo prosto na skalny grzbiet, przecinając brzegowo szczelinę (jedyna możliwość). Decyzja okazała się trafna, grzbietem szybko i sprawnie docieramy do bram schroniska, zaczyna padać deszcz ze śniegiem, ale my jesteśmy już w suchym miejscu. Nasze podejście trwało dość długo bo niemal 7h. Przy zejściu bezpośrednio z parkingu Kaisera i innym trawersowaniu (bardziej w lewo) pól ze szczelinami realnie można to zrobić do 2h krócej. W schronisku czeka nas miła niespodzianka (hm nie super hostessy nie nie...) ale za to.. sympatyczna obsługa...ha. Tak... mając doświadczenie ze schroniska Goutera pod MB...gdzie turysta traktowany jest jak zbędny bagaż tu...szok. Dzień dobry, w czym możemy pomóc, proszę bardzo, dziękuję...orzesz ty to jednak się da? Wysokość mniej więcej ta sama...a popatrzcie... Wciągamy na pokład po zestawie: rosołek(3.5euro), spaghetti(7.90euro), herbatka(2 euro), i czujemy się syci, robi się bardzo sympatycznie, tym bardziej że mają też browarki (ale za ile?)...tylko za oknem coś białego i mokrego...fee. Jest jeszcze wcześnie, ale mimo to walimy w kimono. Tylko Strażak gdzieś łazi nie wiedzieć za czym... Schronisko przy małych gabarytach zewnętrznych okazuje się mieć dużo miejsca noclegowego, z którym nie ma żadnego problemu.

15 lipca 2006 (nasz zwycięski Grunwald)

Wstajemy 5.30 rano. Aparat w dłoń i biegnę udokumentować wschód słońca... potem śniadanie, gorąca herbata za 2 euro (mit zitrone - 3 euro). I ruszamy ku szczytowi. Raki w buty, czekany w dłonie...Pierwsza faza podejścia bardzo spokojna, lekkie trawersowanie ośnieżonego stoku, widzimy po prawej stronie w oddali Matterhorn... Stok zaczyna zmieniać kąt nachylenia na tzw. znaczny (do 50-700) i pojawia się oblodzenie. Raki trzymają dobrze i gładko docieramy na przełączkę, na której kończy się śnieg a zaczyna sucha skała. Zostawiamy raki i czekany w szczelinach i rozpoczynamy wspinaczkę w partii szczytowej. Oprócz nas pracuje jeszcze 4-5 ekip z różnych krajów. W dwóch miejscach marszczy nam się d... Przełęcz między Klein i Gross Glocknerami w zasadzie nie posiada żadnej sztywnej asekuracji (jedynie krótka lina stalowa na zejściu do przełęczy), i tu niespodzianka... skalna półka po której mamy przejść (szer.30cm i dł.3-4m) cała pokryta jest lodem...lekki pasztet. Na szczęście ekipa przed nami ma linę, krótka rozmowa i po kolei wpinamy się w nią. Jestem ostatni w kolejce więc zwalniam linę i zamontowany na jej końcu przechodzę jakoś lodową ławeczkę... Stąd jeszcze 5min i jesteśmy na szczycie. Od schroniska nasze podejście trwało prawie 2 godziny. Klepnięcie w krzyż i napawamy się wspaniałym widokiem gór, jest boooosko... Szczyt okazał się trudniejszy technicznie niż zakładaliśmy, ale nie tak trudny żeby na niego nie wejść. Schodzimy tą samą drogą. W schronisku gorąca herbatka i gnamy na dół. Po drodze jeszcze kilka szczelin, w jednej z nich na chwilę zostawiam kopytko...śnieg zapada się pode mną, na szczęście bez ofiar w ludziach i sprzęcie, przechodzimy łachy lodowe, które w drodze powrotnej są jeszcze mniej sympatyczne i schodzimy na lodowiec Pasterze. Niemal jego środkiem ciągniemy w stronę platou na którym widać parking. Przed nami ostatnie podejście - 40min dymania w górę i to po całym dniu dreptania. Ten marsz pod górę z lodowca na parking to jakiś złośliwy trol musiał wykombinować. Plecaki jakby dostały dodatkowych 10kg, ale wszyscy docieramy dzielnie na górę, byle do jedzenia i picia... Obsiada mnie banda motocyklistów, którzy chcą zrobić fotkę z "Człowiekiem z gór". Jest mi tak egal, że "nima sprawy kierowniku..." Potem jedzenie i spaaaanie.

16 lipca 2006

Wstajemy już bez pośpiechu, spokojnie oporządzamy siebie i "obozowisko" i ruszamy w drogę powrotną. Jedziemy dalszym odcinkiem Hoch Alpen Strasse, wjeżdżamy jeszcze na Edelweis Spitze (tak krętej i stromej drogi dla samochodu jeszcze nie widzieliśmy) i dalej ku rodzinnym stronom. .. Alpy żegnają nas chmurami i przebijającym się od czasu do czasu słońcem. Wyjazd bardzo udany, a góra warta zdobycia na 100%. Polecamy z całego górskiego serca.


Rafał Gil " Rav" - Speleotrek

powrót do galerii      powrót do albumu     powrót do archiwum