›› Dzisiaj jest niedziela, 22 kwietnia 2018 roku. ‹‹



 
6-11 lipca 2012
Monte Rosa 2012

Wyprawa "Speleo-Myszków - Monte Rosa 2012" cało, zdrowo i szczęśliwie wyruszyła, a także szczęśliwie powróciła z przepięknego rejonu Alp Walijskich. Trwała od 6 lipca do 11 lipca 2012. Dlaczego zdecydowaliśmy się na zdobywanie największego alpejskiego masywu? Odpowiedź jest prosta i zamyka się w znanym cytacie:

"Dlaczego ludzie zdobywają szczyty? Bo są - to jedyna odpowiedź ludzi gór. Bo każdy ma swoje pole - ruletkę, giełdę, motor - na którym sprawdza, co ma dla niego w zanadrzu los. Muszę się przekonać czy duch i ciało nie załamią się w konfrontacji z niewiadomym."

Tak więc wyruszyliśmy i my na spotkanie własnego losu. Czteroosobowa ekipa w składzie Jarek, Mikołaj, Klaudiusz i Ja, w piątek 6 Lipca 2012 roku, późnym popołudniem odpaliła silniki, kierując się w stronę włoskich Alp Walijskich. Minęliśmy Cieszyn i pognaliśmy nocą przez Wiedeń, Klagenfurt, Mediolan, docierając do malowniczej miejscowości Alagna Valsesia, położonej w Piemoncie u stóp masywu Monte Rosa. Tutaj ogarnął nas pierwszy z kilku zachwytów jakich mieliśmy doznać w ciągu najbliższych dni. Alagna Valsesia to naprawdę śliczna górska osada /licząca około 500 mieszkańców/, z pięknymi domkami, powciskanymi w wąską górską dolinę, ciekawymi architektonicznie, każdy o kamiennym dachu, jakby wyciągnięte z bajki. Stąd wyruszyliśmy na górski szlak. Pierwszy etap wyprawy pokonaliśmy, zresztą jak niemal każdy kto "pracuje" w rejonie Monte Rosy, kolejką górską, dalej już tylko góry wysokie..., my, nasze plecaki, raki, czekany, zmęczenie, szczęście i wolność... Kilka godzin marszu po terenie skalnym, mikstowym oraz typowo śnieżnym zaowocowało dotarciem do celu wyznaczonego na pierwszy dzień wyjazdu
- schroniska Gnifetti położonego na wysokości 3647m n.p.m. Dla części ekipy był to pierwszy kontakt z Alpami, taką wysokością oraz sprzętem wysokogórskim. Tym większy szacunek za odwagę zmierzenia się z górą i samym sobą. Widok z drewnianego tarasu schroniska to drugi nasz zachwyt. Panorama alpejska, że... hoho albo nawet dalej. W zasięgu wzroku Monte Bianco i setki górskich szczytów. Poranek dnia następnego wstał rześki i mocno zamglony. To chyba jednak zbyt mało powiedziane, bo za oknem mieliśmy takie mleko, że nie było widać wspomnianego wcześniej tarasu. Siedzieliśmy i czekaliśmy, to dość normalne w przypadku wysokich gór, więc spokój i opanowanie. W końcu przejaśnienie i szybka decyzja "idziemy w górę". Cel pierwszy: Piramida Vincenta /4215m n.p.m./. Początek trasy po lodowcu z licznymi szczelinami pokrytymi śnieżnym puchem. Trzeba było uważać. Bardzo silny, miejscami porywisty wiatr dawał się we znaki. Pięliśmy się jednak uparcie w górę, najpierw łagodnym śnieżnym stokiem, następnie polami pokrytymi firnem o nachyleniu miejscami do 50 stopni. Trud został nagrodzony. Dotarliśmy na szczyt z kolejną porcją zachwytu. Było bosko i nic to, że mgła i mało co widać. Tutaj znaleźliśmy to czego szukaliśmy. W drodze powrotnej na przeciwległym zboczu zamajaczył nam wierzchołek pobliskiego Balmenhornu. Konsultacje w grupie i decyzja "damy radę..." Po ok. 40 minutach wspinaczki zameldowaliśmy się na szczycie Balmenhorrn /4167m n.p.m./ u stup wielkiego posągu Chrystusa. Czas płynął szybko i pora było wracać do Gnifetti. Zmęczenie i brak aklimatyzacji dały się we znaki, ale po kilku "pit stopach" docieramy do upragnionego papu i wyrka. Wyprawa było kompaktowa, jeśli chodzi o liczbę uczestników, ale i sam czas akcji górskiej, którego nie mieliśmy zbyt wiele. Następnego dnia znowu daliśmy pod górę... Mikołaj i Jaro poprzedniego dnia "zjarali" się mocno na twarzach i tym razem nie zapomnieli już o kremie-blokerze. Cóż frycowe musi być, prawda chłopaki? Pierwszy odcinek drogi był powtórką dnia poprzedniego. Następnie minęliśmy z prawej strony Balmenhorn i wzdłuż groźnego Liskamma kierujemy się ku Signalkuppe /4554m n.p.m./. Na przełęczy zachwyt po raz kolejny, widać odległy zaledwie o kilka kilometrów piękny szczyt Matterhorn, marzenie wielu... Przed nami ukazał się cel dnia: Signalkuppe /Punta Gnifetti/,rany ale daleko i stromo... Po drodze ciao, ciao, hello i inne takie... Przy kolejnej wymianie "ciao" okazuje się że my i wy to Polacy. Wszędzie nas pełno, jak widać :). Droga pod górę na tej wysokości mocno dała w kość części ekipy, ale powoli, krok za krokiem pięliśmy się w górę. Wielkie uznanie za upór dla Jara. Tutaj trzeba mieć charakter, albo lepiej wcale się nie wybierać. Dotarliśmy około 15.00 na upragniony szczyt i do schroniska Regina Margeritta /najwyżej położony budynek Europy/. Zmęczenie było takie, że nawet jeść się nam nie chciało. Zmusiliśmy się jednak do ciepłego papu, co postawiło nas na nogi. Za oknem mleko po raz drugi. Nici z przepięknej panoramy, ale najważniejsze zostało osiągnięte. Wyjęliśmy z plecaka banderę Speleo-Myszków i zaprezentowaliśmy ją światu. Zaczęła się psuć pogoda więc trzeba było szybko zawijać się na dół. Droga długa, na szczęście ze spadkiem w dobrym kierunku. Po drodze z lewej strony minęliśmy ogromne nawisy serakowe, które wzbudziły respekt i bardzo nas zaniepokoiły. Było ekstremalnie. Nie zatrzymując się pokonaliśmy najszybciej jak się da groźny odcinek i dalej zeszliśmy bez strat w ludziach i sprzęcie do schroniska bazowego. Poranek dnia następnego to znowu ładna pogoda, ale nam już niestety czas do cywilizacji... Szybko pokonaliśmy śnieżny źleb, uważając by nie kusić losu i lawin. Dotarliśmy do stacji kolejki i na dół do Alagna, w której co ciekawe nie uświadczysz choćbyś sczezł czegoś takiego jak pizza. Może to i dobrze? W mojej ocenie wyprawa zakończyła się sukcesem, a nawet kilkoma sukcesami. Zdobyliśmy trzy z dziesięciu czterotysięczników masywu, pokonaliśmy własne słabości, odpoczęliśmy w fizycznym zmęczeniu oraz chcemy tu powrócić dokończyć dzieła i powalczyć z kolejnymi szczytami grupy Monte Rosa, bo jak mawiał ks. Jóżef Tischner "Góry to nasze spiętrzone marzenia..."
Warto jest przecież marzyć... /więcej fotek w galerii/

Pozdrawiam całe Speleo - Rav

aktualności « powrót » archiwum

Speleo-Myszków